Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego postanowiło wzmocnić kulturę w mediach lokalnych. Narzędzie jest proste: granty na audycje radiowe i artykuły prasowe o kulturze i dziedzictwie lokalnym. Efekt – przynajmniej na papierze – brzmi szlachetnie. W praktyce jednak pachnie starą, dobrze znaną strategią: rozdawaniem ryb zamiast wędek.
Problem nie polega na samej idei wsparcia. Kultura w mediach lokalnych rzeczywiście bywa pierwszą ofiarą cięć budżetowych i walki o uwagę odbiorcy. Problem zaczyna się tam, gdzie grantodawca staje się jednocześnie recenzentem „dowodu z wykonania pracy dziennikarskiej”. Trudno mówić o pełnej niezależności redakcyjnej, gdy w tle każdej tezy, puenty czy krytycznej obserwacji majaczy urzędowa kontrola i świadomość, że kolejna transza środków zależy od akceptacji ministerstwa.
Doświadczenia z innych obszarów – także spoza Europy – pokazują, że jednorazowe programy pomocowe rzadko budują trwałe kompetencje. Przez lata pomoc humanitarna dla tzw. trzeciego świata opierała się na tej samej logice: szybkie wsparcie zamiast długofalowego wzmacniania samoskuteczności. Skutek był przewidywalny – zależność zamiast rozwoju. W 2026 roku kultura w mediach lokalnych zostanie sztucznie „dopompowana”, by po wyczerpaniu grantów równie szybko zniknąć z anten i łamów prasy.
Jeszcze bardziej zastanawia brak myślenia systemowego. Edukacja medialna wciąż bywa mylona z obsługą sprzętu, podczas gdy w innych krajach traktuje się ją jako inwestycję w kompetencje, dostępność i odpowiedzialność twórców. Niemiecki portal Medienbox NRW, realizowany na zlecenie regulatora medialnego w Nadrenii Północnej–Westfalii, pokazuje, że można inaczej: uczyć produkcji podcastów, wideo i fotografii, łączyć to z wiedzą prawną, pracą zespołową i certyfikacją jakości. Efekt? Twórcy, którzy potrafią działać samodzielnie i długofalowo, a nie tylko „pod projekt”.
Polski model grantowy dodatkowo wyklucza całe regiony – tam, gdzie nie ma lokalnych stacji radiowych, pieniędzy nie da się sensownie wykorzystać. Zamiast tego aż prosi się o stworzenie ogólnopolskiej platformy dystrybucji, choćby w formule „Bliska kultura” dla podcastów, która pokazywałaby różnorodność regionów i dawała realny, trwały dostęp do odbiorcy.
Największym paradoksem jest jednak to, że wzmacnianie pluralizmu medialnego odbywa się bez realnego wsparcia infrastruktury. Przy wyczerpanych częstotliwościach UKF i rosnącej roli radia cyfrowego logicznym krokiem byłoby otwarcie DAB+ dla trzeciego sektora: stowarzyszeń, inicjatyw obywatelskich, wolontariuszy. Alternatywą mógłby być podział czasu antenowego w istniejących stacjach w zamian za obniżki opłat koncesyjnych. To są wędki – narzędzia, które pozwalają działać samodzielnie.
Media również są częścią kultury. Jeśli mają ją promować w sposób niezależny, potrzebują stabilnych warunków, infrastruktury i równych zasad gry z platformami cyfrowymi, a nie rosnących z roku na rok opłat koncesyjnych. Bo pluralizmu i niezależności nie buduje się przelewem z ministerialnym tytułem. Buduje się je wtedy, gdy twórcy nie muszą co roku czekać, aż ktoś znowu rzuci im rybę.
